PRZEWODNIK PO BIEBRZAŃSKIM PARKU NARODOWYM FOTOGRAF Beata Drozdowska

Pisanka lipska

Pisanka lipska nad Biebrzą

Najbardziej rozpoznawalną pisanką nad Biebrzą jest tradycyjna pisanka lipska pochodząca, jak nazwa wskazuje z regionu Lipska. Przygotowywanie pisanek na tym terenie sięga XIX wieku. Wykonywano je początkowo na pełnych jajach, metodą batikową, która polega na nanoszeniu wosku na powierzchnię jajka, a następnie farbowaniu w barwnikach. Od 2007 roku w miasteczku Lipsk znajduje się Muzeum Lipskiej Pisanki i Tradycji, w którym możecie podziwiać zbiory pisanek stworzone przez wszystkie lipskie twórczynie ludowe, a także pisanki pochodzące z innych regionów Polski.

Rok temu miałam przyjemność uczestniczyć w tworzeniu pisanek przez Joannę Kozłowską. Asia ma niezwykły talent do pisania nie tylko pisanek, ale też opowieści. Zachęcam do lektury, miłego czytania i oglądania.

Beata Drozdowska: Cześć Asiu. Opowiedz jak się zaczęła Twoja przygoda z tworzeniem pisanek?

Joanna Kozłowska: Pochodzę z Grajewa, choć urodziłam się w Augustowie, ponieważ rodzice mieszkali po ślubie u moich dziadków ze strony mamy (wieś Kroszówka, gm. Bargłów Kościelny, więc rzut beretem od Augustowa) do momentu kiedy wybudowany został blok na Osiedlu Południe w Grajewie, w którym mieszkam do dziś. To właśnie na tej wsi nabyłam umiejętność pisania wielkanocnych jaj.

B.D.: Ile miałaś lat gdy zaczęłaś pisać?

J.K.: Pisanki piszę właściwie odkąd pamiętam, a nawet wcześniej ;). Bo podobno jako mały szkrab nie mogłam oderwać oczu od babci, która robiła pisanki. Kiedy już byłam w stanie utrzymać bardziej precyzyjne narzędzia, niż sztućce, babcia, nie mogąc opędzić się ode mnie w Wielkie Soboty, wręczyła mi zapałkę i jajko, posadziła koło kaflowego pieca, na którym w zakrętce od słoika pływała rozpuszczona parafina i pozwoliła puszczać wodze fantazji. Nietrudno zgadnąć, że moje „arcydzieła” wyglądały dość … pokracznie. Ale zabawa była przednia, a pisanki tajemniczo znikały, więc czułam silną potrzebę robienia nowych. Oczywiście jajka, które dostawałam do opisania, to były te, które w trakcie gotowania pękały i ich wnętrza ostatecznie lądowały w sałatce lub na kanapkach. Niemniej jednak praktykowanie przy babci, a później przy jednej z cioć (siostrze mojej mamy) tak weszło mi w krew, że robiłam to co roku. Co roku coraz precyzyjniej, co roku coraz szybciej, aż w końcu ja przejęłam „rodzinny interes”.

B.D.: Jakie są Twoje pierwsze wspomnienia związane z pisankami?

J.K.: Trudno mi się odnieść do pierwszych wspomnień z pisankami. To, co na pewno zapamiętałam, to pierwsze barwniki robione z bibuły. Wystarczyło odciąć pasek krepiny, zalać go ciepłą wodą i po kilku minutach wydobyć papier, odcisnąć, dodać ocet (utrwalacz) i voila. Kolory były nieziemskie, nie przypuszczałam jednak, że bez octu potrafią aż tak farbować. Wyciskałam na szybko bibuły rękoma, bez rękawiczek, około 10 kolorów. Dłonie nie wyglądały źle do momentu, gdy … wzięłam do rąk mydło, żeby je umyć. Miałam wrażenie, że ono aktywowało w jakiś sposób intensywność barwników i moje dłonie z lekko poszarzałych zrobiły się kompletnie czarne. W ruch poszły chemiczne wybielacze, proszki do prania, mleczka do szorowania, pumeks. Ręce, niestety, doczyściły się stopniowo dopiero po tygodniu, więc nietrudno wyobrazić sobie, jak się czułam, wracając po świętach do szkoły. To była masakra… Odnośnie samych pisanek, odkąd ja sama zaczęłam je robić (końcówka szkoły podstawowej), zawsze kojarzyły mi się ze … spokojem.

U babci pisanki robiło się w Wielką Sobotę. Po jednej dla każdego biesiadnika do święconki (a siadało nas do stołu dużo). Oprócz tego dodatkowo do dekoracji. W sobotę, jak zwykle, było najwięcej pracy, bo i sprzątanie, i potrawy na święta, a ja, tuż po śniadaniu, znikałam w kuchni w piwnicy, gdzie babcia nastawiała dosłownie gar jajek. Moim zadaniem było dopilnować ich, zdjąć z fajerek, wydobyć te popękane do zjedzenia, a całe opisać. Na górze było głośno, ktoś kogoś poganiał, ktoś sprzątał, brzęczał odkurzacz, maszynka do mięsa, mikser. A ja prawie cały dzień spędzałam na dole przy gorącym piecu, produkując co roku niezliczone ilości pisanek. A tak mi się przynajmniej wtedy wydawało, że niezliczone, bo jakieś 20-30 sztuk dla mniej wprawionej ręki to naprawdę wyczyn.

B.D.: Jaką metodą piszesz?

J.K.: Pisanki, które wykonuję, to pisanki tzw. lipskie, z wzorami kwiatowymi, gałązkami, kłosami. Jest to metoda batiku szpilkowego. Jak nietrudno zgadnąć wzory pisze się szpilką, konkretnie jej łebkiem. Widząc grubość kresek robionych zapałką szukałam coraz mniejszych narzędzi. Szpileczka wbita w ołówek od strony gumki okazała się strzałem w dziesiątkę. W liceum nie wiedziałam, że to jakaś metoda ;), po prostu potrzebowałam czegoś precyzyjniejszego od zapałki). Wzory, za starych dobrych czasów, zbierałam z pocztówek świątecznych. Babcia pokazała mi, jak robić dwu-trójkolorowe pisanki, więc „kombinowałam” z odwzorowywaniem z widokówek najpierw prostych wzorów, potem tych bardziej skomplikowanych. A przyznać trzeba, że batik szpilkowy jest dość trudny, bo „nie wybacza błędów”. Krzywej, postawionej nie w tym miejscu kreski nie da się zetrzeć, bo w tym miejscu jajko się już nie zabarwi. Do tego jest całe mnóstwo czynników, które wpływają na finalny wygląd pisanki. Struktura samej skorupki jajka, jej kształt, temperatura jajka, wosku, kształt łebka szpilki i materiał, z którego jest wykonany, czy to czysty metal, czy oblany plastikiem, jakość barwnika. No i wprawa. Co roku śmieję się, że dopiero po 20 sztukach zaczynają mi się moje pisanki względnie podobać. Bo pierwsze to jakieś takie „koślawe” (zanim wpadnę w ten właściwy „rytm”).

B.D.: Czy masz swój ulubiony wzór, motyw lub rodzaj pisanek?

J.K.: A mój ulubiony wzór? Nie mam takiego, więc … chyba każdy. Jakiś czas temu (będzie naście lat) wpadłam na pomysł, jak trochę „oszukać system”. Piszę pisanki na kolorowo, ale … kolorowymi woskami, na skorupce naturalnej lub zabarwionej jakimś jasnym kolorem. Wyglądają równie ciekawie, ale dają się precyzyjniej wykonać. Bo w tym sposobie jest opcja dokonania korekty. Wosk można delikatnie zdjąć i nałożyć ponownie, ponieważ nie pokrywa się go farbą. No i trwa to o wiele szybciej niż opcja tradycyjna.

B.D.: Ile czasu zajmuje Ci tworzenie pisanek?

J.K.: Czas przygotowania jednej pisanki jest w gruncie rzeczy nie do oszacowania. Jeśli ma się surowe jajka i chce się zrobić pisanki bezpieczne, trzeba przygotować z nich wydmuszki. Pisanki na jajkach gotowanych w pewnym momencie przekształcają się w „broń biologiczną”. Nie daj Boże, żeby wtedy skorupkę uszkodzić. Wywietrzenie mieszkania potrwa kilka dni. Natomiast wydmuszka, jeśli jej nie zgnieciemy, przetrwa lata. Jednak wtedy przygotowanie pisanki przekłada się na … dni. Wydmuchaną skorupę trzeba bowiem umyć (od środka w szczególności), wypłukać i dobrze wysuszyć. Dopiero wtedy można zająć się pisaniem. Do tej pory wydmuszki „produkował” mój tata. Ale w tym roku znalazłam gospodarstwo, które sprzedaje wydmuszki, więc je po prostu zamówiłam przez internet (kto by pomyślał?).

Metoda najbardziej tradycyjna, czyli najpierw wosk, później farba, wymaga więcej czasu. Samo opisanie i pofarbowanie jajka kurzego zajmuje mi max. 20 minut. Jeśli wchodzą w grę 2-3 kolory czas się wydłuża, bo wzór nakłada się etapami i po każdej części zmienia się kolor. Trzeba pamiętać tylko o zasadzie: od najjaśniejszego, do najciemniejszego koloru. Na koniec wosk się rozpuszcza i ściera serwetką, dopiero wtedy wydobywa się cały wzór. I tej czynności najbardziej nie lubię, bo niejednokrotnie trwa tak długo, jak pisanie, a uważać trzeba równie mocno, bo trzymając pisankę nad tealightem można ją okopcić, natomiast zbyt silne podgrzanie wydmuszki spowoduje … jej eksplozję. W metodzie „najpierw kolor, później kolorowy wosk” ten ostatni etap jest zbędny, dlatego ten sposób wolę.

B.D.: Czy kiedyś pisanie pisanek było dla Ciebie bardziej obowiązkiem czy przyjemnością?

J.K.: Od zawsze była to dla mnie przyjemność. Pisanie mnie odstresowuje, wycisza, uspokaja. Różnica między „kiedyś” a „dziś” tkwi w kręgosłupie, któremu nie służy długie siedzenie bez ruchu. A że mam z nim problemy, to od dłuższego czasu pisanki robię przez kilkanaście dni, w odstępach, czasem siedząc, czasem stojąc, żeby nie przypłacić przyjemności wizytą u lekarza.

B.D.: Ile pisanek zwykle przygotowujesz?

J.K.: Rokrocznie pisanek robię dużo, myślę, że około 50-60 sztuk (włącznie z tymi do święconki dla siebie i sąsiadów). Rekord pobiłam rok temu, ponieważ z pewnością przekroczyłam liczbę 150, ale miałam wyjątkowy cel – obdarować wszystkich, którzy walczyli o życie mojego taty i wspierali moją rodzinę w tej batalii (niestety ostatecznie przegraną po roku od wykrycia choroby nowotworowej). Jak każdego roku większość jajek się „rozchodzi” w prezencie dla znajomych i rodziny.

B.D.: Jakie masz zabawne wspomnienia związane z pisaniem pisanek?

J.K.: Najzabawniejsza historia z pisankami wydarzyła się w Wielką Sobotę, lata temu. Pierwszy raz zdobyłam wtedy jajka o tak białej i gładkiej skorupie, że wyglądały, jakby były obrane. Do tego znalazłam w Grajewie wosk pszczeli, który tak mocno się wybarwił od podgrzewania, że miał kolor i konsystencję polewy czekoladowej. Jak zawsze w mojej święconce wszystko jest przykryte serwetką, na której leżą pisanki (jajka w skorupkach, więc nic im się stać nie może). Tamte wyglądały niesamowicie, dosłownie jak obrane jajka ozdobione czekoladą! I po raz pierwszy w życiu bałam się, że wrócę … bez koszyczka!

Trafiłam do kościoła dość wcześnie, więc napływający ludzie przesuwali obecnych coraz bardziej na zewnątrz. Widziałam tylko, jak co chwilę w okolicy mojego koszyczka ktoś znikał (schylał się najwyraźniej) i po chwili na powrót pojawiał. Najciekawszy był moment święcenia, ponieważ w tym samym miejscu na kilkanaście sekund zniknął … ksiądz. Ale od tamtej pory zauważyłam, że coraz więcej osób w Grajewie przynosi w święconce całe jajka, okraszone czy w termoowijkach, ale jednak coś w rodzaju pisanki, a nie „gołe jajo”.

B.D.: Jakie są Twoje pisankowe marzenia?

J.K.: Marzeń pisankowych, jakichś szczególnych, nie mam. Może poza jednym, żeby znalazło się kilka w Muzeum Pisanki w Lipsku. Tylko ciągle nic mi nie zostaje, żeby je tam zawieźć. Może któregoś roku uda mi się pozostawić po sobie jakiś pisankowy ślad na Podlasiu 😉

B.D.: Asiu, życzę Ci spełnienia marzeń i dziękuje za podzielenie się swoją historią.